logo2 slajd3 slajd4 slajd5

Moje pierwsze czynne spotkanie z wolontariatem nastąpiło w roku 2009, gdy w mojej szkole ogłoszono, że są poszukiwane chętne osoby do udziału w listopadowej kweście na rzecz Hospicjum Domowego w Jastrzębiu-Zdroju. Do zapisania się namówiła mnie koleżanka, która brała udział rok wcześniej i, jak sama stwierdziła, było świetnie. Pomyślałam: czemu nie?

Będziemy tam razem, poza tym to tylko godzina, więc co mi szkodzi? Nie szkodziło absolutnie nic.
Do dziś pamiętam, jak fantastycznym przeżyciem było godzinne stanie w dość mroźny, choć słoneczny poranek przy bramie cmentarza, trzymając puszkę i uśmiechając się pogodnie do przechodniów. Każda wrzucona moneta, czasem nawet banknot, były powodem do dumy i radości. Bo wybrano „moją” puszkę. Bo ktoś zupełnie obcy postanowił wspomóc Hospicjum. Nie było wtedy niczego lepszego od możliwości powiedzenia: dziękuję. Już wtedy byłam pewna, że nie będzie to mój ostatni raz. I faktycznie, regularnie, gdy tylko w szkole pojawiało się ogłoszenie o kweście, oczywistym dla mnie było wzięcie w niej udziału. Zarówno w zbiórkach organizowanych pierwszego listopada, jak i tych wiosennych, przeprowadzanych w ramach akcji „Pola nadziei”. W listopadzie 2013 roku byłam też koordynatorem grupy wolontariuszy z mojej szkoły, co wiązało się z całodniowym, nie zaledwie godzinnym, staniem wraz z resztą osób na jednym z cmentarzy. I nie miałam żadnych powodów do narzekania.


Niejednokrotnie zdarzały się sytuacje bardzo wesołe. Podczas jednej z listopadowych kwest rozdawaliśmy sztuczne chryzantemy, które cieszyły się ogromnym zainteresowaniem dzieci. Pewna dziewczynka już z odległości kilku metrów krzyczała: Ja chcę czerwonego! I dostała. Innym razem, stojąc pod kościołem w czasie akcji „Pola nadziei”, kilka metrów od nas zatrzymał się nagle kilkuletni chłopczyk, odwrócił się na pięcie i powiedział głośno: Mama! Żeby wejść trzeba zapłacić! Nie można było się nie uśmiechać. Poza tym nierzadko okazywano nam wiele typowej „babcinej” troski, gdy pogoda nie dopisywała. Pytania, czy nie jest nam zimno, czy nie potrzebujemy herbaty albo chwili odpoczynku naprawdę podnosiły na duchu.
Jednak jeszcze większy uśmiech wywołuje moment, w którym „dziękuję” pada ze strony nie tylko wolontariusza, ale również osoby, która wspomaga Hospicjum. Takie zwykłe, proste „dziękuję” sprawia często, że uświadamiamy sobie, że po coś tam stoimy. Dociera wtedy do nas, że faktycznie możemy pomóc, choć to zaledwie jedna godzina w ciągu roku. Bo ktoś to docenił, podziękował za to, że czasem marzniemy, mokniemy, nie śpimy, a moglibyśmy, bo to dzień wolny. To słowo staje się ogromną motywacją i zachętą do uczestniczenia w kolejnych kwestach. A brać udział jest naprawdę warto, bo to bardzo cenne i budujące doświadczenie.


Można nie zdawać sobie sprawy z tego, że dla wielu osób udział w wolontariacie jest normalnością. Wiele osób zajmuje się tym na co dzień, z definicji robiąc to bezinteresownie. W Hospicjum oznacza to dobrowolne poświęcenie swojego czasu, siły, uwagi innej, obcej osobie, która potrzebuje pomocy. Jestem tego świadoma, bo tę pomoc otrzymaliśmy z całą rodziną, gdy moja mama zachorowała na nowotwór. Wtedy z całą mocą przekonałam się, jak bardzo wolontariat jest potrzebny i jak wiele znaczy każda złotówka, którą zebrałam kwestując. Bo przecież sprzęt, który otrzymaliśmy nie wziął się znikąd. Trzeba go było kupić, żeby potem móc wypożyczać chorym.
Wolontariat jest bardzo pozytywnym i cennym doświadczeniem, zarówno ze strony wolontariusza, jak i osoby otrzymującej pomoc. Uświadamia, że takie bezinteresowne działanie jest potrzebne i nad wyraz pożyteczne. Każdy powinien spróbować, jeśli nie na stałe, to chociaż w formie akcyjnej.

Paula Miara